byliśmy w Jaśle po piec do naszego domu. fajnie było wyspać się w wygodnym hotelowym łóżku i pokrzyczeć podczas seksu. natomiast, ten który wymyslił mgłę, powinien zginąć. mniejsza.
mam obecnie fazę House'a. oglądam wszystkie odcinki po kolei od sezonu 2, bo pierwszy widziałam kiedyś w telewizji. cały czas zastanawiałam się, o co chodzi? gdzieś już widziałam ten serial. co prawda grali w nim inni aktorzy, był trochę starszy i akcja nie działa się w szpitalu, ale jakbym znała już Tego Typa.
wczoraj układając się do snu, pstryknęłam telewizor i na jedynce, był ten serial: Kojak.
Telly Savalas grał takiego samego typa - antypatycznego, a jednak mającego to "coś", który wszystko i wszystkich miał gdzieś, był uzależniony od lizaków, posiadał zespół, który pospiesznie wykonywał jego polecenia przy okazji dając się nieco poniżać, miał szefa, którego drażnił, który często się z nim nie zgadzał, ale nie miał na niego sposobu i na rozwiązanie zagadki zawsze wpadał w końcowych minutach odcinka pod wpływem jakiegoś bliżej nieokreślonego impulsu.
z tego, co wiem, w piątej serii House też się nieco wcieli w detektywa kryminalnego, a te odcinki, albo własnie lecą, albo już leciały w tvp. nie wiem, bo nie śledzę.
nie mniej, pms ssie. dzisiaj poryczałam się na ostatnim odcinku czwartej serii...
Wojtka najbliższa kuzynka, ukochana siostrzyczka, która składając mi życzenia ślubne zapowiedziała, że jak nie zadbam o Wojciecha, to mnie zabije, dopiero co skończyła medycynę z jednym z najlepszych wyników na roku. w rodzine jest znana jako: Jędzunia. zadarty nos, niewyparzony język - House w spódnicy. z małym wyjątkiem: za bardzo wzięła sobie do serca maksymę "primum non nocere" i żeby nikomu nie zrobić krzywdy, wybrała jako specjalizację... medycynę sądową.
w sobotę uroczyście odbierze uprawenienia do wykonywania zawodu, o czym nie omieszkała poinformować całej rodziny podczas ubiegłotygodniowych urodzin Babci. natychmiast zareagował jej brat K. K: - to ile razy ty będziesz kończyła te studia? pytanie było jak najbardziej uzasadnione - zakończenie studiów, zdanie egzaminu LEP, zakończenie stażu, a teraz odebranie uprawnień i co wydarzenie to impreza i prezent ;) Jędzunia: - od ciebie i tak nie dostałam jeszcze ani razu prezentu. właśnie, możesz mi zrobić w końcu jakiś. tylko nie kupuj mi stetoskopu. może mi się, jakby, nie przydać.
Wojciecha od kilku dni boli głowa, narzeka, że ma zawroty głowy. bagatelizujemy sprawę, bo pewnie to zmęczenie. rok temu jesienią miał tak samo i był u trzech lekarzy i żaden nic nie stwierdził. dzisiaj popracowaliśmy trochę na budowie, wróciliśmy, mąż walnął słuszną kimę, budzi się po 20, ja wskakuję się poprzyrtulać, żarciki, droczenie, nie chce mu się otwierać jednego oka, spieszę z pomocą, podnoszę mu powiekę i zastananawiam się, czy to ja mam przywidzenia, czy Wojciech ma czerwone oko. no, jak nic ma czerwone białko oka, cała gałka pokryta gęstą siatką czerwonych żyłek. - tatuś, daj swój aparat do mierzenia ciśnienia! mierzymy dwa razy, bo nie możemy uwierzyć: 200/120. łał...
docieramy w końcu do przychodni, w której chcą nas przyjąć w sobotę o godz. 21. podchodzimy do rejestracji: - mąż ma ciśnienie 200/120. - i co? - to my chcielibyśmy wiedzieć, co, bo to chyba nie jest normalny stan. - a z jakiej państwo są przychodni? - z tej. - proszę poczekać, pani doktor zrobi sobie herbatę i pana przyjmie w 161.
w gabinecie: - kręci mi się od kilku dni w głowie, cała mi pulsuje, żona zauważyła, że mam przekrwione oczy, zmierzyłem ciśnienie i okazało się, że mam 200/120, przyszedłem, bo nigdy czegoś takiego nie miałem, a to chyba za wysokie ciśnienie. - chorował pan wcześniej na nadciśnienie? - mówię, że zdarzyło się to pierwszy raz. - mierzył pan wcześniej regularnie ciśnienie? - skoro nie chorowałem, to chyba logiczne, że nie mierzyłem. - to skąd pan wiedział, że to ciśnienie? - już mówiłem, źle się czułem, a żona zauwazyła, że mam przekrwione oczy, wydedukowałem, że to może być ciśnienie. może zamiast zadawać mi ciągle jedno i to samo pytanie w różnej postaci, zmierzy mi pani to pieprzone ciśnienie?
wyszło 160/90. tabletka pod język, kolejne mierzenie: 130/70, recepta, po weekendzie stawić się do lekarza rodzinnego po skierowanie na komplet badań.
rok temu, kiedy Wojtek chodził po lekarzach z tak samo bolącą głową, takimi samymi zawrotami głowy, nikt nie zmierzył mu nawet ciśnienia.
oglądanie House'a jednak się przydaje. tylko szkoda, że taki lekarz nie istnieje.
"mojego syna badał właśnie jakiś lekarz w dredach! chyba jestem stara." takiego mniej więcej smsa dostałam niedawno od koleżaki, która dopiero co urodziła dziecko. sam ten fakt nie kwalifikuje jej przecież jako osobę starą, a i znam ja na tyle, żeby stanowczo powiedzieć, że stara nie jest.
mój dwa lata starszy ode mnie mąż był wczoraj na "pępkowym". jego przyjaciel, chłopak w moim wieku (29 lat), dzień wcześniej odważnie przecinał pępowinę, która łączyła jego syna z jego żoną, dziewczyną młodszą od niego o dwa lata. pojechałam odebrać Wojciecha z imprezy, która trwała wyjątkowo krótko jak na spotkanie starych, dobrych kumpli. przez całą drogę powrotną nabierałam przeświadczenia, że mam męża młodszego od jego, młodszych od niego, kolegów, chociaż oni zapewne zaraz po jego wyjściu wywietrzyli dom z woni starego zgreda i na dodatek pantoflarza.
spotkanie, które miało być wybuchem radości z narodzin pierworodnego, było zlotem doświadczonych życiem, zmęczonych przez żony i dziewczyny facetów, którzy jedyną nadzieję na jako takie dotrwanie do trumny upatrują w internetowych serwisach agencji towarzyskich, porównywaniu swoich żon i dziewczyn do prezentowanych tam kobiet, planowaniu wyjazdów służbowych w miejsca, w których owe panie pracują oraz zachwalanie zalet viagry nowej generacji. rzeczą irracjonalną i wynikającą jedynie z totalnego podporządkowania Wojtka mojej osobie, było mówienie przez mojego męża, że jest szczęśliwy i ma ciekawsze rozrywki niż szukanie prostytutek w necie, bo wszytko, co one proponują, robi z żoną, nie musi się wspomagać, życie nie sprowadza się wyłącznie do ruchania, bo fajnie jest mieć też z kim pogadać, a impreza jest żenująca. wyszedł stamtąd wyraźnie rozżalony, głównie tym, że miał poczucie, że traci kumpli, którzy przecież kiedyś byli normalni, ale nie tylko tym. - chyba jestem już za stary na takie imprezy - powiedział. a potem wspólnie doszliśmy do wniosku, że to nie on, bynajmniej, w tym towarzystwie był stary.
w szpitalu to, być może, nie moja koleżanka była tą starą, a lekarz, który z jakiegoś powodu, może z powodu sprzeciwu wobec upływających lat, nie zwracając uwagi na pacjentki i zasady, odmładza się głupią i nie wzbudzającą powszechnego zaufania fryzurą.
starość zaczyna się w głowie, a jej symptomami często nie są: spokój w głowie i sercu, zadowolenie, uznanie pewnych zasad i stworzenie własnej niepodważalnej hierarchii wartości, ale właśnie płynięcie pod prąd tego wszystkiego.
można by było tak mruczeć. murp... murp... murp... ale jednak brzmi to trochę chłodno i maszynowo. i ta płyta - o miłości, a jednak trochę chłodna i maszynowa. to jest dobra płyta.
Nosowska powiedziała kiedyś w wywiadzie, przed ukazaniem się płyty "Nosowska / Osiecka", że mogłaby być przewodniczącą klasy smutasów. i coś w tym naprawdę jest i słychać również w tej płycie. Wojtek od razu orzekł, że jakaś taka smutna. a mi się wydaje, że nie smutna, tylko jakaś taka, po prostu, nieromantyczna. jak sam tytuł płyty. bo niby dlaczego zaraz po "miłość!" jest "uwaga! ratunku! pomocy!"? zapytajcie siebie, jaka była wasza pierwsza reakcja na spostrzeżenie, że ONA gdzieś TU jest. i ta płyta, w warstwie tekstowej jest taka trochę "chciałabym, ale boję się... ale co to będzie.... ale to się nie uda... ale... chuj, zobaczy się!". i nie muszę pisać, że teksty są dobre, bo to przecież wiadomo.
po pierwszym przesłuchaniu, a słuchaliśmy zaraz po piątkowym zakupie i ceremonialnym zerwaniu folii, pokonując trasę Gdańsk - prawie Toruń, siedziałam nieruchomo, próbowałam sobie przypomnieć, czy gdzieś słyszałam gitarę i, po prostu, nie mówiąc nic, włączyłam radio, żeby odetchnąć. w radio Mec. jakoś nie brzmiał. wrzuciłam "Skałę" (tak, kupiłam tez Kayah, niestety), w drugim wersie czwartej piosenki pojawiło się po raz kolejny słowo "łza" i odpadłam, zaczęłam szukać paragonu i zastanawiałam się, czy z zerwaną folią przyjmą zwrot.
zrobiłam podejście drugie. olśnienie. znałam już wszystkie piosenki, jakbym ich słuchała po stokroć. spośród... tak, tak... symfonii elektronicznych dźwięków, wyraźnie mówiła do mnie gitara i bębny, a bas wprawiał w trans (joł! ;P). miałam już swoje ulubione piosenki: 2, 3, 4, 6, 7, 8, 9 i jeszcze 1, 5 i 10 :D
i pomyślałam, że to jest wielka sztuka - zrobić płytę tak różną od poprzednich, tak zaskakującą, a jednak, głęboko gdzieś, brzmiącą tak, jak wszystkie, tak jak Hey niezmiennie od lat.